poniedziałek, 21 maja 2012
http://lareviewofbooks.org/article.php?id=591
kiedyś przeczytam ten 4-częściowy wywiad-rzekę Reynoldsa z Greilem Marcusem
Etykiety:
Greil Marcus,
krytyka muzyczna,
retromania,
Simon Reynolds,
wywiad
niedziela, 20 maja 2012
trzeci po "Oblivion" i "In the Same Room" tegoroczny kawałek, którego nie jestem w stanie wyłączyć. a do tego świetne video. inne numery Unicorn Kida też bardzo obiecujące. #seapunk FTW!
Etykiety:
seapunk,
Unicorn Kid
wtorek, 8 maja 2012
samotny futuryzm
one of the very first pop records to aestheticize the internet. na Pitchforku bardzo ciekawy artykuł o płycie FanMail TLC z 1999 roku, obiekcie inspiracji dla artystów takich jak Grimes, How To Dress Well, Maria Minerva czy Purity Ring - nowych wykonawców, których słuchałem w ciągu ostatniego roku więcej niż czegokolwiek innego
Etykiety:
grimes,
How To Dress Well,
maria minerva,
pitchfork,
purity ring,
r'n'b,
tlc
sobota, 5 maja 2012
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Duzia muzyka
Superxiu Idealism
Polecę
w frazeologię piłkarską. Od czasu pamiętnego meczu na stadionie
Wembley w 1973 roku perspektywa gry na Wyspach Brytyjskich powoduje,
że nogi naszych zawodników są jak z waty. Tymczasem wielkopolski
skład Superxiu z tego niezwykle trudnego terenu wywozi trzy cenne
punkty.
Pełne
rozmachu, inspirowane latami 80., anglojęzyczne granie ma w Polsce
swoją niszę. Dowodem na jej istnienie jest choćby popularność
zespołu Hurts. Wielki przebój („Wonderful Life”) i pełne kluby
zapewnione. Na potrzeby takiej estetyki w brytyjskiej prasie ukuto w
latach 80. pojęcie Big Music. Wielkie,
populistyczne, rozmarzone dźwięki,
ambicje grania na stadionach. Wielkopolski zespół Superxiu, gdyby
zaczynał na Wyspach, celowałby zapewne w podobne okolice.
Słowa
klucze w ich przypadku to: new romantic, dream pop, synth-pop, nowa
fala, post-punk, 80's revival, klawisze, dużo reverbu, brzmieniowe
mgiełki. Idealism
wyrasta jednak ponad epigońską przeciętność. Dzieje się tak nie
dzięki słusznym inspiracjom, tylko detalom, ładnym melodiom i
intrygującemu brzmieniu. No i wokaliście, któremu naprawdę
niewiele można zarzucić. Damian Bończyk nie tylko perfekcyjnie
imituje angielski akcent. Kompletnie zaskoczył mnie brakiem matowego
udawania śpiewu, co uprzykrza mi obcowanie z wieloma polskimi
płytami alternatywnymi. Jego wokal jest przyjemny, stylowy i o
jakieś dwa punkty mniej nużący niż ten u milusińskich polskiej
blogosfery, synth-popowców z Kamp! Poza tym jest tu po prostu kilka
ruszających wyobraźnię piosenek. Singiel „Odyssey” skutecznie
budzi w nas pokłady niezwerbalizowanej tęsknoty. Czyni to nie tylko
na poziomie słów, ale też brzmienia - bębny, senny motyw
klawiszy, głęboki wdzierający się w uszy bas. Idealism
to płyta krążąca wokół opisów spleenów dwudziestoparolatka,
stanów takich jak strach przed dorosłością, tęsknota i generalne
zniechęcenie. Jeśli chodzi o taką ekspresję nie widać w krajowej
lidze zbyt wielu godnych dla nich rywali.
["Lampa", grudzień 2011]
niedziela, 29 kwietnia 2012
Ten wątek na forum Porcys - aż się zagotowałem...
Moja odpowiedź szłaby mniej więcej tak:
trafiłem jakiś rok temu na imprezę dancehallową w stolicy i w porównaniu do wieczorków "z muzyką indie" wszystko wydawało się tam mieć więcej sensu.
Vavamuffin, owszem potwornie schematyczne, ale między wrzutami o Babilonie zdarza im się powiedzieć coś , no i koncertową energią niszczą po prostu większość krajowych artystów chwalonych na Porcys (wyjątki: Plum, Afro Kolektyw, Tin Pan Alley, Muchy, Macio Moretti).
kolejny powód popularności jest własnie taki: z jakiegoś powodu polscy wykonawcy z okolic reggae są zazwyczaj bardziej rezolutni i charyzmatyczni, bardziej koncertowo ograni od twojej Ramony Rey i Rentona, a przeciętni ludzie nie włączają muzyki ani nie chodzą na koncerty po to, żeby pofapać nad nowatorstwem i progresjami akordów
nie mówię, że jara mnie polskie reggae w koledżowych rozgłośniach, ale angielscy fani muzyki też średnio się jarają madchesterem, która kojarzy się z masami studentów jeżdżacych na GLASTO, dla najbardziej zagorzałych anty-fanów reggae z Polski Stone Roses/Oasis/Smiths/Happy Mondays to zazwyczaj bardzo fajny punkt odniesienia. dla angielskich koneserów muzyki to zespoły na wyspiarskie juwenalia czyli właśnie Glasto. spotkałem się z opinią krytyka, którego bardzo szanuję, że Stone Roses to pubowa kapela nieudolnie podrabiająca Ege Bamyasi itd. itp.
jak zwykle, wszystko jest bardzo względne.
Moja odpowiedź szłaby mniej więcej tak:
trafiłem jakiś rok temu na imprezę dancehallową w stolicy i w porównaniu do wieczorków "z muzyką indie" wszystko wydawało się tam mieć więcej sensu.
Vavamuffin, owszem potwornie schematyczne, ale między wrzutami o Babilonie zdarza im się powiedzieć coś , no i koncertową energią niszczą po prostu większość krajowych artystów chwalonych na Porcys (wyjątki: Plum, Afro Kolektyw, Tin Pan Alley, Muchy, Macio Moretti).
kolejny powód popularności jest własnie taki: z jakiegoś powodu polscy wykonawcy z okolic reggae są zazwyczaj bardziej rezolutni i charyzmatyczni, bardziej koncertowo ograni od twojej Ramony Rey i Rentona, a przeciętni ludzie nie włączają muzyki ani nie chodzą na koncerty po to, żeby pofapać nad nowatorstwem i progresjami akordów
nie mówię, że jara mnie polskie reggae w koledżowych rozgłośniach, ale angielscy fani muzyki też średnio się jarają madchesterem, która kojarzy się z masami studentów jeżdżacych na GLASTO, dla najbardziej zagorzałych anty-fanów reggae z Polski Stone Roses/Oasis/Smiths/Happy Mondays to zazwyczaj bardzo fajny punkt odniesienia. dla angielskich koneserów muzyki to zespoły na wyspiarskie juwenalia czyli właśnie Glasto. spotkałem się z opinią krytyka, którego bardzo szanuję, że Stone Roses to pubowa kapela nieudolnie podrabiająca Ege Bamyasi itd. itp.
jak zwykle, wszystko jest bardzo względne.
Partia Partia (reedycja) Jimmy Jazz 2011
Dorobek Partii to zaledwie 29 piosenek (plus kilka instrumentali i coverów), co nie przeszkadza temu, że w jej przypadku słowo „kultowy” to w pełni uprawnione określenie. Zespół zaczął karierę od swojego największego przeboju. Otwierający pierwszą płytę singiel „Warszawa i ja” był power playem w Radiu Kolor i otarł się nawet o mainstreamową Listę Przebojów Trójki. Był to jednocześnie zespół zagadkowy. W radiu wciąż jeszcze znajdowało się miejsce dla polskich grup gitarowych takich jak Myslovitz, Rotary, Lizar czy Big Day. Słuchaczy straszył nawet pastisz bigbitu lat 60., czyli produkcje grupy Czarno-Czarni (przykład na to, jak w tamtym czasie żałośnie pojmowano u nas muzykę ze złotej epoki kultury popularnej) Z jakiegoś powodu jednak Partia do radia nie miała wstępu.
O zespole mówiono „inni punkowcy”, bo nie pasowali do żadnej z istniejących wówczas frakcji na scenie niezależnej. Na koncerty przychodzili skinheadzi i kibice piłkarscy, jednocześnie refreny, poza „Warszawą”, nie nadawały się do chóralnego śpiewania, a teksty mogły wprowadzić w zakłopotanie. Tyle słów splątanych w nić / podróż w czasie / ty i ja – taki tekst mogłaby śpiewać któraś z dam polskiego rocka.
Sama nazwa grupy wywodzi się z czasów punkowych Lesława i perkusisty Arkusa, ale na debiutanckim albumie zespołowi blisko było do popu. Gdy ostatnio usłyszałem stare płyty De Mono byłem zdziwiony, jak niektóre piosenki przypominają atmosferyczny debiut Parti.
Lesław dziś nie jest z niego specjalnie zadowolony. Tak to jest gdy młodych ludzi wpuści się do studia i da im instrumenty - powiedział kilka lat temu. Podobno producent płyty chciał z nich zrobić drugie T.Love, choć zespół zafascynowany był mrocznym rock'n'rollem w stylu The Cramps. Podobno realizatorzy w Izabelin Studio wyśmiali perkusyjny zestaw firmy Szpaderski, należący do Arkusa, pochodzący z lat 60. To jeszcze jeden dowód, że pod koniec lat 90. bycie retro nie było oczywistą strategią, tylko raczej czymś wywołującym zakłopotanie.
Nie udało mi się natrafić na zbyt wiele materiałów prasowych z tamtego okresu. Debiut Partii ginie w mroku późnych lat 90. Zespół nie reprezentował epoki, w której przyszło mu istnieć, więc mało kto o nim pisał. Być może płytą zainteresowały się ziny punkowe, ale w mainstreamowej prasie bodajże tylko „Machina” stwierdziła, że zespół, jak nikt inny w Polsce, oddaje klimat The Smiths.
Porównanie było strzałem w dziesiątkę. Płyta jesst zbiorem opisów dysfunkcyjnych relacji międzyludzkich i samotnych, tajemniczych postaci. Historie, które opowiada Lesław nakreślone są skrótowo jak w komiksie – kilka kresek-informacji.
Start tego albumu – przester i szybko zagrane gitarowo-perkusyjne intro przechodzące w swing i wokalizę - to moim zdaniem jeden z najbardziej ekscytujących momentów w historii polskiego rocka. To samo można powiedzieć o solówce czy mostku tego numeru oraz riffie „Pięknego chuligana”, zagranym w stylu Janka Benedeka. Są tu momenty muzycznie wybitne. Surf-rockowe przywodzi na myśl północną Warszawę, to samo atmosferyczny swing „Parasoli”, w końcu „Gwiazdy” - hołd wieczorowi na warszawskim blokowisku – hipnotyzuje prostym motywem gitary i miękkim, przyjaznym śpiewem Lesława.
Partia to także - choć to nie jest jej największa zaleta – płyta najlepszych solówek Lesława. Mam wrażenie, że na wszystkich płyt Komet i Partii lider tych dwóch projektów przeżył w tej materii ogromny regres. Tutaj są one potrzebne i zagrane chwilami kapitalnie.
Przy wszystkich zachwytach, które należą się Partii muszę jednak wspomnieć o poziomie reedycji Jimmy Jazz Records. Prawdopodobnie najlepsza płyta w katalogu tej wytwórni doczekała się wznowienia raczej niechlujnego. Cieszy limitowana wersja winylowa, ale zarówno ona, jak i płyta CD nie zawiera niczego, co nie znalazło się na pierwotnym wydawnictwie. Żadnych dodatkowych atrakcji w rodzaju niepublikowanych utworów (Lesław z kolegami na płytach umieszczał wszystko, co udało mu się nagrać?), zdjęć czy liner notes. Z drugiej strony to, co pozostało - 12 piosenek, kilka czarno-białych fotografii i ikoniczna okładka nadal pozwalają pracować wyobraźni..
["Lampa", grudzień 2911]
Dorobek Partii to zaledwie 29 piosenek (plus kilka instrumentali i coverów), co nie przeszkadza temu, że w jej przypadku słowo „kultowy” to w pełni uprawnione określenie. Zespół zaczął karierę od swojego największego przeboju. Otwierający pierwszą płytę singiel „Warszawa i ja” był power playem w Radiu Kolor i otarł się nawet o mainstreamową Listę Przebojów Trójki. Był to jednocześnie zespół zagadkowy. W radiu wciąż jeszcze znajdowało się miejsce dla polskich grup gitarowych takich jak Myslovitz, Rotary, Lizar czy Big Day. Słuchaczy straszył nawet pastisz bigbitu lat 60., czyli produkcje grupy Czarno-Czarni (przykład na to, jak w tamtym czasie żałośnie pojmowano u nas muzykę ze złotej epoki kultury popularnej) Z jakiegoś powodu jednak Partia do radia nie miała wstępu.
O zespole mówiono „inni punkowcy”, bo nie pasowali do żadnej z istniejących wówczas frakcji na scenie niezależnej. Na koncerty przychodzili skinheadzi i kibice piłkarscy, jednocześnie refreny, poza „Warszawą”, nie nadawały się do chóralnego śpiewania, a teksty mogły wprowadzić w zakłopotanie. Tyle słów splątanych w nić / podróż w czasie / ty i ja – taki tekst mogłaby śpiewać któraś z dam polskiego rocka.
Sama nazwa grupy wywodzi się z czasów punkowych Lesława i perkusisty Arkusa, ale na debiutanckim albumie zespołowi blisko było do popu. Gdy ostatnio usłyszałem stare płyty De Mono byłem zdziwiony, jak niektóre piosenki przypominają atmosferyczny debiut Parti.
Lesław dziś nie jest z niego specjalnie zadowolony. Tak to jest gdy młodych ludzi wpuści się do studia i da im instrumenty - powiedział kilka lat temu. Podobno producent płyty chciał z nich zrobić drugie T.Love, choć zespół zafascynowany był mrocznym rock'n'rollem w stylu The Cramps. Podobno realizatorzy w Izabelin Studio wyśmiali perkusyjny zestaw firmy Szpaderski, należący do Arkusa, pochodzący z lat 60. To jeszcze jeden dowód, że pod koniec lat 90. bycie retro nie było oczywistą strategią, tylko raczej czymś wywołującym zakłopotanie.
Nie udało mi się natrafić na zbyt wiele materiałów prasowych z tamtego okresu. Debiut Partii ginie w mroku późnych lat 90. Zespół nie reprezentował epoki, w której przyszło mu istnieć, więc mało kto o nim pisał. Być może płytą zainteresowały się ziny punkowe, ale w mainstreamowej prasie bodajże tylko „Machina” stwierdziła, że zespół, jak nikt inny w Polsce, oddaje klimat The Smiths.
Porównanie było strzałem w dziesiątkę. Płyta jesst zbiorem opisów dysfunkcyjnych relacji międzyludzkich i samotnych, tajemniczych postaci. Historie, które opowiada Lesław nakreślone są skrótowo jak w komiksie – kilka kresek-informacji.
Start tego albumu – przester i szybko zagrane gitarowo-perkusyjne intro przechodzące w swing i wokalizę - to moim zdaniem jeden z najbardziej ekscytujących momentów w historii polskiego rocka. To samo można powiedzieć o solówce czy mostku tego numeru oraz riffie „Pięknego chuligana”, zagranym w stylu Janka Benedeka. Są tu momenty muzycznie wybitne. Surf-rockowe przywodzi na myśl północną Warszawę, to samo atmosferyczny swing „Parasoli”, w końcu „Gwiazdy” - hołd wieczorowi na warszawskim blokowisku – hipnotyzuje prostym motywem gitary i miękkim, przyjaznym śpiewem Lesława.
Partia to także - choć to nie jest jej największa zaleta – płyta najlepszych solówek Lesława. Mam wrażenie, że na wszystkich płyt Komet i Partii lider tych dwóch projektów przeżył w tej materii ogromny regres. Tutaj są one potrzebne i zagrane chwilami kapitalnie.
Przy wszystkich zachwytach, które należą się Partii muszę jednak wspomnieć o poziomie reedycji Jimmy Jazz Records. Prawdopodobnie najlepsza płyta w katalogu tej wytwórni doczekała się wznowienia raczej niechlujnego. Cieszy limitowana wersja winylowa, ale zarówno ona, jak i płyta CD nie zawiera niczego, co nie znalazło się na pierwotnym wydawnictwie. Żadnych dodatkowych atrakcji w rodzaju niepublikowanych utworów (Lesław z kolegami na płytach umieszczał wszystko, co udało mu się nagrać?), zdjęć czy liner notes. Z drugiej strony to, co pozostało - 12 piosenek, kilka czarno-białych fotografii i ikoniczna okładka nadal pozwalają pracować wyobraźni..
["Lampa", grudzień 2911]
Subskrybuj:
Posty (Atom)